Szwajcaria jest piękna. Nie ma co owijać w bawełnę, zastanawiać się czy warto i czy jest faktycznie tak malowniczo jak na zdjęciach. Jest nawet piękniej, bowiem na zdjęciach nie możemy poczuć zapachu kwitnących kwiatów, usłyszeć szumu wody, wypływających z licznych fontann. Dziś zabieram Was w podróż po Szwajcarii. Moim szlakiem, którym możecie podążyć i sprawdzić,
Poniedziałek, 14 sierpnia. Imieniny: Alfreda, Maksymiliana, Selmy WIADOMOŚCI. Z ostatniej chwili: Dramatyczne poszukiwania w Mostkach.
Kwiaciarnia Piwonia Zbuczyn: PasteLove flowerboxy Co sądzicie o tych dwóch słodziakach? 療 #tęczowagipsówka #barbie #flowerbox
1.1K views, 3 likes, 9 loves, 0 comments, 3 shares, Facebook Watch Videos from Po drugiej stronie cukru: Nasze aktywne wakacje trwają. Pełną parą idą warsztaty kulinarne realizowane w ramach projektu
W dzisiejszym odcinku pokaże swój GANG SŁODZIAKÓW, niestety brakło mi jednego i dlatego wystąpił mój mały Braciszek Kubuś :* dziękuję za like i subskrypcje j
1,831 likes, 67 comments - radio_rmffm on October 29, 2023: "„Krzywdzące jest to, co ludzie wypisują na temat Kevina” - @roxie_wegiel zdradziła,
. Milion książek o słodziakach w polskich domach. Ta liczba robi wrażenie. Na mnie robi tym większe, że wiem, iż są to książki czytane. U nas „Co się stanie na leśnej polanie, czyli wesołe przygody Gangu Słodziaków” były wręcz wałkowane. Jasne. Nie udałoby się, gdyby nie sympatyczne maskotki, telewizyjne reklamy, sprawna akcja marketingowa Biedronki, mania zbierania naklejek i cena. Dzieciaki zapragnęły wejść w świat słodziaków. Chodziły ze słodziakami do przedszkola, na spacery czy po prostu – spać. Książka – z uwagi na dostępność: niska cena lub 15 naklejek – szybko pojawiła się i u nas. I chwyciła. Najpierw jedna opowieść – w naszym wypadki o bobrze, potem następne. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że to była to u nas książka listopada, kajam się, że nie opisałam jej wcześniej. Ilekroć jednak chciałam jej zrobić zdjęcia, ginęła. Bóbr zamarzył, by latać. A lis się zakochał Każda z maskotek, a więc lis Lucek, jeż Jerzy, sowa Zosia, bóbr Borys, zając Zuzia i ryś Rysio, ma w niej osobną historię, w której to ona jest głównym bohaterem. Ale ponieważ to gang przyjaciół, to w tle występują też pozostali. Na polanie mieszka również kilka innych postaci, które już swojego pluszowego odpowiednika nie mają. Ot, mucha Henryka, przez której gadanie Jerzy wyrusza na poszukiwanie piękniejszej polany, by ostatecznie dojść w miejsce, z którego wyszedł. Albo sroka Tereska, która zabrała pierścionek zaręczynowy myszy Agaty. Na polanie wiele się dzieje i samo to, że miejscem jest las, bohaterami zwierzęta z naszej strefy klimatycznej jest godne pochwały, nieraz bowiem odniosiłam wrażenie, że w książkach dla dzieci jest nadreprezentacja zwierząt, które znamy, ale z zoo. Słodziaki. Książka dla dzieci w różnym wieku To, co jest zarówno plusem, jak i minusem książki, to to, że – w moim przekonaniu – nie ma jasno określonej grupy wiekowej, do której jest kierowana. Mam wrażenie, że grupa odbiorców miała być jak najszersza. Łapie się na nią moja czterolatka, która – nakręcona reklamami i tym, że właśnie ma w ręku bobra-słodziaka – kazała sobie książkę czytać. Ale miał się też łapać dziesięciolatek, który czyta samodzielnie, dużo rozumie, a jeszcze lubi maskotki. Dzieciaki będą odbierać te opowieści na różnym poziomie. Nie jest to lektura najłatwiejsza dla najmłodszych, nie sądzę, żeby chwyciły morał z tych opowieści, ale z pewnością dają się im ponieść, śledzą uważnie i odbierają je na swoje „sto procent”. Moja córka wie, że orzechy poprawiają pamięć. Ba, ogromem współczucia wobec bobra wykazuje się nasz dwulatek, maniacko odtwarzający scenę jego bobra z drzewa i pocieszający go po niemiłym zdarzeniu. Trudno oceniać tylko książkę. To część dużego projektu Gdybym miała oceniać samą książkę, której nie towarzyszyłyby maskotki i atmosfera, dzięki której chciało się poznać historie słodziaków, pewnie oceniłabym ją na czwórkę – jest dobra, ale bez przesady. Czy jednak przebiłaby się wśród innych – nie wiem i już nie mam możliwości sprawdzenia. Ale „Co się stanie na leśnej polanie” jest częścią dużego projektu, dzięki któremu dzieciaki chętnie czytają i słuchają – i to jest godne pochwały. Moje wręcz domagały się, by im czytać. Dlatego od nas piątka. Piątka za część pierwszą. Druga – jeszcze przed nami – od niedawna mamy, ale czekam na okazję, by dać dzieciom. W naszym domu książka bywa nagrodą. PS Słodziaki podobają nam się nie tylko jako książki czy maskotki. Projekt żyje w internecie własnym życiem, niezależnie od tego, co wymyśliła sobie sieć Biedronka. A oto film, który lubi moja córka: „Co się stanie na leśnej polanie, czyli wesołe przygody Gangu Słodziaków” Autorka: Renata Piątkowska Ilustracje: Wojciech Stachyra Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa
Koncerny energetyczne mogą liczyć na marże większe od racjonalnych — twierdzi prezes URE Za rosnącymi cenami prądu nie idą nadmierne korzyści dla energetyki konwencjonalnej, opartej na węglu i gazie — zapewnia z kolei prezes PGE Eksperci zaś oceniają, że w tym roku nie możemy mówić jeszcze o nadzwyczajnych zyskach w energetyce, natomiast już w 2023 r. marże na wytwarzaniu prądu będą "abstrakcyjnie wysokie" Tylko trzy największe koncerny energetyczne mogą zarobić w przyszłym roku na produkcji energii w sumie kilkadziesiąt miliardów złotych — szacuje analityk Santander BM Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Onetu O marżach krajowych elektrowni zrobiło się głośno po tym, jak światło dzienne ujrzało pismo prezesa Urzędu Regulacji Energetyki Rafała Gawina skierowane do polskiego rządu. Do listu dotarła redakcja Regulator ostrzega w nim nie tylko przed potężnym wzrostem cen prądu dla gospodarstw domowych, ale też przed wysokimi, wręcz nieracjonalnymi zyskami elektrowni. "Uzyskiwane przez wytwórców prawdopodobne marże w roku 2023 mogą być kilkakrotnie większe niż marże racjonalne, wynikające z danych historycznych" — napisał prezes URE, cytowany przez "Niezrozumiała społecznie będzie sytuacja, w której taryfy dla energii elektrycznej i ciepła dla odbiorców końcowych wzrosną w bezprecedensowy sposób, a jednocześnie sektory górnictwa i energetyki będą wykazywały niespotykane dotychczas dodatnie wyniki ze swych działalności" — dodał Gawin. Na konferencji prasowej prezes URE potwierdził te szacunki i zapewnił, że regulator badał różne scenariusze, biorąc pod uwagę wysoką cenę węgla. — W każdym z tych scenariuszy spread wychodził nam powyżej tego, co możemy uznać za racjonalne, biorąc pod uwagę historyczne wyniki. To może być efektem oceny ryzyka związanego z niepewnością co do ceny węgla. Wskazaliśmy, że naszym zdaniem jest potencjał do ponadnormatywnej marży rynkowej — wyjaśnił Gawin. Czytaj także w BUSINESS INSIDER Jeszcze tego samego dnia głos w sprawie zabrał prezes Polskiej Grupy Energetycznej Wojciech Dąbrowski. — Nie ma nadzwyczajnych zysków w energetyce w bieżącym roku. To niebezpieczny mit — podkreślił. — W obecnej sytuacji rosnących cen paliw, ale — co ważne — i realnego zagrożenia ich dostępności, trwającej agresji Rosji na Ukrainę, kosztów CO2, kryzysu polityki klimatycznej Unii Europejskiej oraz inflacji ceny energii na całym świecie rosną. Wszystkie te zjawiska skumulowane razem są dużym obciążeniem dla obywateli i firm, ale nie idą za tym nadmierne korzyści dla energetyki konwencjonalnej — zapewnił Dąbrowski. Zobacz też: Prezes Tauronu: nowy, zielony system energetyczny ustabilizuje ceny prądu Kto mówi prawdę? — Moim zdaniem obaj panowie mają rację, tyle że mówią o zupełnie różnych okresach. Prezes PGE nie myli się, twierdząc, że nadzwyczajne marże w energetyce to mit, bo mówi o roku 2022. Natomiast prezes URE myśli już o taryfach na 2023 r. i przewiduje, że marże na wytwarzaniu energii w przyszłym roku będą abstrakcyjnie wysokie. I ja się z tą opinią w pełni zgadzam — komentuje Paweł Puchalski, analityk Santander BM. Gigantyczny wzrost cen prądu Puchalski podkreśla, że hurtowe ceny energii z dostawą na przyszły rok zanotowały gigantyczny wzrost. W piątek na Towarowej Giełdzie Energii w Warszawie cena megawatogodziny energii w kontraktach rocznych kosztowała 1495 zł, a kilka dni wcześniej niemal 1600 zł. Jeszcze w styczniu tego roku średnia stawka sięgała 627,17 zł/MWh, natomiast w lipcu 2021 r. średnia cena w kontraktach rocznych wynosiła zaledwie 351,22 zł/MWh. W ciągu roku więc hurtowa cena prądu wzrosła ponadczterokrotnie. — Wynika to z zawirowań na europejskim rynku gazu i węgla. Pamiętajmy jednak, że cena rzędu 1600 zł/MWh to nie jest cena, która jest uzasadniona dla każdej elektrowni w Polsce. Na polskiej giełdzie cenę ustala się na podstawie kosztów elektrowni, która wytwarza prąd najdrożej, a więc jest najmniej efektywna i spala najdroższe paliwo. Pozostałe elektrownie na tak wysokiej cenie giełdowej zyskują, bo ich koszty produkcji są znacząco niższe — wyjaśnia Puchalski. Dlatego też obecnie spółki, które mają własny węgiel kamienny bądź elektrownie opalane węglem brunatnym i efektywne bloki, są zdaniem analityka w bardzo dobrej sytuacji. Przewiduje on jednak, że w ich wynikach zobaczymy to dopiero w 2023 r., o ile oczywiście tak wysoka cena hurtowa energii utrzyma się do końca roku. — Nawet zakładając istotną podwyżkę ceny polskiego węgla dla elektrowni, przy tak wysokich hurtowych cenach energii i przy stabilnych kosztach emisji CO2, szacuję, że zysk EBITDA (wynik operacyjny powiększony o amortyzację) na wytwarzaniu prądu trzech największych spółek energetycznych może potencjalnie osiągnąć w przyszłym roku kilkadziesiąt miliardów złotych, o ile obecne ceny na rok 2023 będą cenami, które zrealizuje segment wytwarzania konwencjonalnego — wylicza Puchalski. Trzy największe krajowe koncerny to Polska Grupa Energetyczna, Tauron i Enea — wszystkie kontrolowane są przez Skarb Państwa. Prezes PGE przyznaje, że wysokie ceny prądu wpłyną na wyniki spółek w przyszłym roku. — Dla wytwórców konwencjonalnych, sprzedających energię z dużym wyprzedzeniem, występujące na Towarowej Giełdzie Energii bardzo wysokie ceny energii elektrycznej dotyczą dostaw na rok 2023 i to w tym okresie będą wpływać na przychody wytwórców energii elektrycznej. Natomiast w obecnej sytuacji trudne do oszacowania są ceny węgla, gazu oraz uprawnień do emisji CO2 w przyszłym roku — zauważa Dąbrowski. Puchalski dodaje, że paradoksalnie dla największego wytwórcy prądu, czyli PGE, wysokie ceny węgla mogą okazać się korzystne. — Moim zdaniem w interesie PGE jest, by węgiel kamienny dla polskich elektrowni był drogi. To podbija ceny prądu, a na tym zyskują elektrownie o niższych kosztach, w tym spalające węgiel brunatny czy wykorzystujące odnawialne źródła energii. PGE jest liderem w obu tych technologiach, więc per saldo w mojej ocenie drogi węgiel kamienny to znacząco lepsze wyniki w horyzoncie co najmniej kilkuletnim — twierdzi Puchalski. W I kwartale 2022 r. segment energetyki konwencjonalnej PGE obejmujący działalność elektrowni węglowych wypracował zysk EBITDA na poziomie 0,4 mld zł, czyli niższy o 14 proc. niż przed rokiem. Główny wpływ na obniżenie wyniku miały zdecydowanie wyższe koszty uprawnień do emisji CO2. Inaczej było w Tauronie, który poprawił swój wynik EBITDA w segmencie wytwarzanie z 686 mln zł w I kw. 2021 r. do 895 mln zł w I kw. 2022 r. Enea natomiast zwiększyła zysk EBITDA w tym obszarze w porównaniu z rokiem ubiegłym o 253 mln zł — do 620 mln zł. Specjalny podatek spółkom niestraszny Prezes URE zasugerował rządowi rozważenie wprowadzenia specjalnego podatku od nadmiernych zysków wytwórców energii elektrycznej. Zebrane w ten sposób pieniądze mogłyby zostać przeznaczone np. na działania osłonowe dla gospodarstw domowych, które najpóźniej od stycznia 2023 r. będą musiały zmierzyć się z potężnym wzrostem cen energii elektrycznej. Niewykluczone, że do podwyżek rachunków za prąd dojdzie jeszcze w tym roku. Trzy koncerny energetyczne: Tauron, Enea i Energa zawnioskowały do prezesa URE o podniesienie obowiązujących w tym roku taryf na sprzedaż energii dla gospodarstw domowych. Okazuje się jednak, że wprowadzenie teraz takiego podatku nie miałoby większego sensu z uwagi właśnie na to, że ekstra zyski w energetyce pojawią się dopiero w 2023 r. Tymczasem, zgodnie z rządowym planem, w 2023 r. elektrownie węglowe przejdą już z koncernów energetycznych do Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE). Natomiast obecnie koszty spółek rosną i to nie tylko z uwagi na wyższe niż przed rokiem ceny uprawnień do emisji CO2. Tauron jeszcze w tym roku — po okupacji siedziby spółki przez przedstawicieli związków zawodowych — ma wypłacić pracownikom 7 tys. zł brutto "wyrównania inflacyjnego". O sprawie poinformowała górnicza "Solidarność". — Myślę, że spółki energetyczne nie powinny obawiać się potencjalnego wprowadzenia podatku od zysków nadzwyczajnych. Uważam, że w tym roku takich zysków po prostu nie będą miały, może poza segmentem OZE. Natomiast w przyszłym roku elektrownie powinny zostać przejęte przez NABE i to NABE będzie miało ekstremalnie wysokie zyski na wytwarzaniu prądu — zauważa Paweł Puchalski. Dodaje, że z drugiej strony, jeśli rządowy plan złapie poślizg i bloki węglowe zostałyby na kolejny rok w spółkach energetycznych, zyski na wytwarzaniu powinny z naddatkiem pokryć ewentualne straty koncernów na sprzedaży energii dla gospodarstw domowych. — W dłuższym terminie oczywiście od wydzielenia aktywów węglowych moim zdaniem nie ma odwrotu, gdyż w średnim i długim terminie energetyka odnawialna, nuklearna i rozproszona ograniczą rolę energetyki węglowej do mocy rezerwowej — kwituje ekspert Santander BM. Autor: Barbara Oksińska, dziennikarka Business Insider Polska Pod tekstem umieszczono link reklamowy naszego partnera
- Kiedy dzieci podrosły, wróciliśmy do Polski, a ja miałam do wyboru: wyrzucić notatki do kosza, albo dopracować je i zaproponować jakiemuś wydawnictwu - wspomina Renata Piątkowska, dziś najpopularniejsza pisarka w kraju. Jej książka o "Gangu Słodziaków" sprzedała się w nakładzie 350 tys. East NewsTo akcja marketingowa, ale dzieciom trzeba przekazać coś ważnego, zaciekawić ich. Na co kładła pani nacisk, pisząc tę historię? Na wyobraźnię oczywiście. Chciałam, by dzieci czytając o przygodach Słodziaków, wędrowały wraz z nimi po leśnej polanie. I co ważne, żeby dobrze się przy tym bawiły. Najpiękniej by było, gdyby rodzice znaleźli czas na wspólne czytanie i z dzieckiem na kolanach śledzili losy sześciu bohaterów. Książka to znakomita okazja, by spędzić razem liczbie sprzedanych egzemplarzy książka przebiła "50 twarzy Greya". Historie z dwóch skrajnych biegunów. Łatwiej napisać książkę dla dorosłych czy dla dzieci? Jest takie słynne zdanie, że "dla dzieci trzeba pisać tak samo, jak dla dorosłych, tylko dwa razy lepiej". I coś w tym jest. Dlatego że dziecięcy odbiorca jest dużo bardziej wymagający. Jeśli dziecku tekst się nie spodoba, to po prostu zamknie książkę i nie da autorowi drugiej szansy. A my dorośli, gdy mamy przed sobą książkę ulubionego pisarza, to nawet jeśli początkowo historia nas nie wciągnęła, dajemy mu kredyt zaufania. Czytamy dalej. Dziecko tego nie zrobi. Naprawdę nie łatwo napisać książkę, która zachwyci młodego czytelnika, rozbawi go. Ja dbam o to, by w moich książkach adresowanych do najmłodszych dziecko już przy pierwszej stronie uśmiechało się choć odrobinę pod noskiem, przy drugiej, żeby uśmiechało się od ucha do ucha, a przy trzeciej, żeby śmiało się do posikania w majtki włącznie. Wtedy jestem pewna, że zechce sprawdzić, co ciekawego wydarzy się jeszcze na kolejnych stronach. Wtedy go "mam". East News Źródło: East NewsOd czego zaczyna pani pisanie? To zależy o kim lub o czym chcę pisać. Na przykład książkę "Wszystkie moje mamy" poświęciłam Irenie Sendlerowej. Chciałam opowiedzieć młodym ludziom o jednej z najdzielniejszych Polek; kobiecie, która uratowała z otchłani warszawskiego getta ponad 2,5 tysiąca dzieci. Mam setki spotkań autorskich wokół tej książki, zwłaszcza że rok 2018 jest Rokiem Ireny Sendlerowej. Dzieci, które nigdy dotąd nie słyszały o pani Irenie, są pod ogromnym wrażeniem jej odwagi i determinacji. Książka "Wszystkie moje mamy" zdobyła wiele nagród, została przetłumaczona na język angielski i włoski. Obecnie tłumaczona jest na hebrajski. Przygotowując się do napisania tej książki, kilka miesięcy poświęciłam na gromadzenie materiałów i solidne zgłębienie tematu. Chciałam, żeby dzieci czytając historię Ireny Sendlerowej, zapamiętały ją i pokochały tak, jak ona kochała każde z nich... Moim zdaniem autor książek dla dzieci wykonuje taką trochę pracę u podstaw. Żeby młodzi czytelnicy zachwycali się w przyszłości książkami Olgi Tokarczuk czy Wiesława Myśliwskiego, trzeba najpierw wykonać pracę na poziomie, na którym ja działam. Jeśli sprawimy, że dzieci pokochają książki, to wyrosną z nich mądrzy, inteligentni, ciekawi świata dorośli, którzy będą potrafili wyrobić sobie własną opinię i bronić swojego zdania. Nie będzie czytelników dorosłych, jeśli w młodości nie zaszczepi się w nich nawyku czytania pani książkę o Irenie Sendlerowej, ale to niejedyny poważny temat, który pani podjęła, prawda? Jakiś czas temu powstała książka "Moje prawa ważna sprawa!", której współautorką jest Anna Czerwińska-Rydel. Do napisania tej książki zachęcił nas Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak. Konwencja o prawach dziecka to dokument napisany suchym, prawniczym językiem. My ten zbiór praw opisałyśmy w sposób przystępny, prosty i zrozumiały dla młodych czytelników. Zilustrowałyśmy historiami z codziennego życia. Z naszej książki dzieci dowiadują się, że jest ktoś, kto z urzędu troszczy się o ich prawa, że nie można ich bić, zmuszać do pracy zarobkowej i wcielać do wojska. Że mają prawo do wypowiadania własnego zdania i mogą być słuchane w sądzie. Mają prawo do czasu wolnego i do tajemnicy korespondencji. Ta książka uzmysławia dzieciom, że są kraje, w których ich rówieśnicy nie mają żadnych praw, w tym dostępu do edukacji. Ponad 60 mln dzieci na świecie jest analfabetami i nigdy nie będą mogły podpisać się własnym imieniem, bo nie znają liter. Ta książka jest przyczynkiem do ważnych rozmów z młodymi pani, żeby kiedyś napisać książkę dla dzieci o edukacji seksualnej? Nigdy nie korciło mnie, żeby sięgnąć po taki temat. Trudny niewątpliwie. Trzeba by było bardzo dobrze przygotować się do napisania takiego tekstu, znaleźć właściwy język, "kod dostępu" do młodego czytelnika. Mając jeszcze na uwadze, że książka nie byłaby obojętna rodzicom i nauczycielom. Nie pociąga mnie to, a więc temat nie dla książkę napisała pani 17 lat temu. Wspominała pani kiedyś, że pisała ją za granicą. Opowie pani o tym? Przez pewien czas mieszkałam z rodziną za granicą. Wyjechaliśmy z Polski, kiedy syn miał 4 miesiące. Córka urodziła się już w Niemczech. Moje dzieci, zwłaszcza wieczorami, domagały się, żebym je przytuliła i coś im przeczytała. Nie wyobrażały sobie, że mogłyby zasnąć bez wspaniałej historii opowiedzianej przez mamę. Niestety bajki, które wzięłam ze sobą z Polski, znały już na pamięć. W tamtym czasie nie można było zamawiać książek przez internet, bo go zwyczajnie jeszcze nie było. Pomyślałam, że najprościej będzie, jak sama napiszę dzieciom jakieś krótkie, proste opowiadania. Historie nawiązywały do tego, co robiliśmy razem w ciągu dnia. Podczas lektury dzieci zaśmiewały się do łez. Kiedy podrosły, wróciliśmy do Polski, a ja miałam do wyboru: wyrzucić notatki do kosza, albo dopracować je i zaproponować jakiemuś co było dalej? Wybrałam drugą opcję. Wysłałam moje opowiadania do kilku wydawnictw i jedno zareagowało bardzo entuzjastycznie. Zaproponowano mi wydanie książki, która pojawiła się na rynku pod tytułem "Opowiadania dla przedszkolaków". Sprzedała się bardzo dobrze. Od razu był dodruk. Wydawca zachęcił mnie do napisania kolejnej książki i tak zaczęła się nasza wieloletnia współpraca. Chyba nieczęsto zdarza się, że książka, wydana 17 lat temu, jest wznawiana do dnia dzisiejszego. Z czasem powstały kolejne trzy części i audiobooki czytane przez Artura Barcisia. Jestem z tego bardzo miała pani więcej szczęścia niż J. K. Rowling, autorka "Harry’ego Pottera". Nikt nie chciał miesiącami wydać jej książki. Dopiero po dłuższym czasie znalazło się wydawnictwo. Och, chętnie bym się z nią zamieniła (śmiech). Odniosła ogromny sukces, książki stały się światowym fenomenem. Niestety taki sukces nie był mi pisany, niemniej cieszę się bardzo, że moje książki mają dobrą pozycję na rynku wydawniczym, są czytane i pani być popularna? Dołączyć do grona pisarzy-celebrytów? Dziś głośno o Remigiuszu Mrozie, o Katarzynie Bondzie, na podstawie książki Jakuba Żulczyka powstał serial HBO... Nie czuję jakiegoś parcia na szkło. To chyba nie dla mnie. Jednak każdy ma w sobie odrobinę próżności. To byłaby fałszywa skromność, gdybym powiedziała: "nigdy w życiu, wolę siedzieć w kącie". Popularność można wykorzystać na różne sposoby. To niekoniecznie stanie na ściance i uśmiechy do kamery, to może też być okazja, by zabrać głos w ważnej książek dla dzieci czują się niedocenieni w Polsce? Na pewno są marginalizowani. Prestiżowych nagród typu Nike nie zdobywają autorzy literatury dla dzieci. Do programów, do dyskusji o książkach, których nawiasem mówiąc jest jak na lekarstwo, też wyjątkowo rzadko zaprasza się pisarzy dla dzieci. A szkoda. Spójrzmy na postać Astrid Lindgren. Ona w swoim kraju była osobą opiniotwórczą. Proszono ją o komentarze do bieżących wydarzeń. To było wielkie nazwisko, wielka postać. A przecież pisała dla przekonanie, że "każdy może taką historyjkę dla dzieci napisać"? Jeśli ktoś tak uważa, to proszę, niech pisze. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Może stwierdzi, że jednak niekoniecznie "pisać każdy może". Oczywiście, że na rynku jest wiele książek, które nigdy nie powinny się tam znaleźć. Książek o niczym. Brak treści rekompensowany jest brokatem, futerkiem, plastikowym gadżetem, lusterkiem. Są na półkach w księgarniach książki, w których ilustracje wołają o pomstę do nieba i takie, w których piękne baśnie skrócono i uproszczono tak, że już nawet nie przypominają oryginału. Ale o takich "dziełach" nie warto mówić. Ja mówiąc "dobra książka dla dzieci" - mam na myśli wspaniałe opowieści znakomitych tym komunikatem, który pojawił się w mediach, że najpopularniejszą pisarką w Polsce jest Renata Piątkowska, nie szło wiele innych informacji. Trzeba pogrzebać w sieci, żeby dowiedzieć się o pani więcej. Więc jaka Renata Piątkowska jest prywatnie? Od dziecka jestem miłośniczką jazdy konnej. Byłam małą dziewczynką, gdy pierwszy raz trafiłam do stajni i od razu zrozumiałam, że to jest mój drugi dom. Pokochałam konie na zabój i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Chciałam spędzić resztę życia na czesaniu końskich ogonów i pastowaniu siodeł. A kiedy pojechałam w teren i koń zagalopował, byłam pewna, że jestem w raju. Wiadomo, największe szczęście na świecie, na końskim siedzi z mężem pasjonujemy się malarstwem. Odwiedzamy galerie, aukcje i wystawy. Mieliśmy okazję podziwiać wiele wyjątkowych dzieł, wiemy coraz więcej o ich twórcach. Zdarza się, że trafiamy na nieznanego malarza, który zostawił po sobie płótna zapierające dech w piersiach. Obrazy mnie inspirują, zachwycają, są jak okładka książki, której treść sama muszę odgadnąć. Wspomniałam już o koniach i obrazach. Zostały jeszcze książki. Dużo czytam. Nie wyobrażam sobie, żeby mogłabym zasnąć, bez przeczytania choćby kilku stron. Dopiero wtedy mogę zostawić za sobą miniony dzień i wszystko co ze sobą czy reportaże? Chyba reportaże są mi bliższe. Lubię historie prawdziwe. Często na takich historiach opieram fabułę moich książek. Zwłaszcza tych adresowanych do starszych czytelników. Tak właśnie było, kiedy przeczytałam znakomitą książkę "Lekarz z Lampedusy - opowieść o cierpieniu i nadziei". To historia opowiedziana przez Pietro Bartolo, lekarza z Lampedusy, który od 27 lat niesie pomoc migrantom przybywającym na tę wyspę. Świetnym dopełnieniem tej historii jest książka Jarosława Mikołajewskiego "Wielki przypływ". Po lekturze tych książek napisałam "Hebanowe serce" poświęcone małemu uchodźcy - Omence.*A polityka? * Nie interesuję się polityką i trzymam się od niej z daleka. Bardziej angażuje mnie to, co dzieje się wokół mnie, niż spory polityków w mediach. Jestem tym zmęczona. Nawiązuje pani do książki o uchodźcach... To był tekst, który wysłałam na Konkurs Literacki im. Astrid Lindgren. Książka zdobyła wówczas trzecią nagrodę. Chciałam napisać dzieciom o czymś ważnym, o czymś co dzieje się tu i teraz. Wtedy bardzo aktualny był temat uchodźców, więc pomyślałam, że dzieci powinny o nich przeczytać. To historia małego chłopca, który musiał uciekać z ogarniętego wojną kraju. Omenka przejechał Saharę, przepłynął Morze Śródziemne i trafił na Lampedusę. Wędrówka widziana oczami dziecka. Chciałam, żeby dzieci nie opierały się tylko na tym, co usłyszą od dorosłych albo zobaczą w telewizji, ale by mogły wyrobić sobie własne zdanie. I widząc łodzie oblepione uchodźcami, mogły dowiedzieć się, co to za ludzie, skąd płyną, po co i dokąd. By zrozumiały, że człowiek ma prawo się bać, ale ma też obowiązek widzieć w drugim człowieka."Hebanowe serce" to piękna poruszająca historia, a co ważniejsze - prawdziwa. Niedokończona – dzieci mogą się zastanawiać się, jak dalej będzie wyglądało życie małego Omenki. To nie był żaden manifest ani próba opowiedzenia się po jednej czy drugiej stronie. To raczej rejestracja bieżących to pewnie bardzo wymagający odbiorca? Pani jest teraz w trasie, ma wiele spotkań autorskich... Każde spotkanie jest inne, a wszystkie dzieci wymagające, ciekawe autora. Napisałam prawie 40 książek, są wśród nich te trudniejsze, adresowane do starszych czytelników, jak i te, po które sięgają rodzice przedszkolaków. A spotkania w przedszkolach to dla autora prawdziwe wyzwanie! Tam o nudzie nie może być mowy. Wiadomo, przedszkolaki najbardziej na świecie lubią się śmiać, więc trzeba postawić na dobrą zabawę. I właśnie te spotkania najlepiej doładowują człowiekowi akumulatory. Czasem mam gorszy dzień, jestem zmęczona, ale jak widzę wokół siebie te uśmiechnięte buzie i zaciekawione spojrzenia, czekające na nowe historie, to serce rośnie. I chce mi się pisać też: Gang Słodziaków. Uważaj na haczyk w regulaminieOceń jakość naszego artykułu:Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Syntetyczne słodziki – na ich temat można by napisać książkę. Zapamiętaj ich nazwy i nie bierz ich do ust pod żadnym pozorem! Nie tylko są to sztuczne, nie występujące naturalnie w przyrodzie i całkowicie obce naszego organizmowi chemiczne szkodliwe związki, ale też powodują wzrost apetytu (szczególnie na węglowodany) – czyli nazywając rzeczy po imieniu – po prostu tuczą. Podobnie jak sacharoza, przed której rakotwórczym działaniem przestrzegał niemiecki biochemik i noblista Otto H. Warburg już w latach 30-tych ubiegłego wieku – nowoczesne substancje słodzące też posiadają „zalecane normy dziennego spożycia”. Oznacza to jedynie, że jakaś instytucja te „nowinki technologiczne” (nawet jeśli zostały odkryte początkowo np. jako pestycyd) „dopuściła” do ogólnego spożywania bez naszej wiedzy i w naszym imieniu. „Dopuszczenia” nie należy jednak mylić z dobroczynnym działaniem na ludzki organizm. Dzisiaj przegląd najpopularniejszych słodzików. Najczęściej kupowanymi produktami zawierającymi syntetyczne słodziki są: większość reklamowanych w telewizji, dostępnych w handlu gum do żucia oznaczonych jako „bez cukru” (niestety także gumy o smaku owocowym, oznaczone jako „guma do żucia dla dzieci” czyli domyślnie przeznaczone dla naszych milusińskich zawierają oprócz nieszkodliwych polioli również aspartam oraz acesulfam K. To jest moim zdaniem już nie tyle przegięciem, ile po prostu zwykłym skandalem i pospolitym draństwem), napoje gazowane light, napoje energetyzujące, słodkie produkty nabiałowe light, generalnie większość produktów, które są oznaczone „Light”, „zero” lub „bez cukru”. Nie zawierają cukru – zawierają toksyczne chemikalia naśladujące w smaku cukier. aspartam – odkryty przez przypadek gdy pracowano nad lekiem na wrzody żołądka i stwierdzono iż otrzymana substancja jest piekielnie słodka. Najchętniej komentowany syntetyczny słodzik, wielokrotnie podejrzewany o rakotwórcze działanie – po wprowadzeniu go do obrotu w USA w 1981 r. ilość zachorowań na raka mózgu, płuc i piersi zaczęła gwałtownie rosnąć. Na pewno zaś jest z nim coś nie tak, skoro niekorzystne reakcje na aspartam stanowią kilkadziesiąt procent wszystkich skarg na niekorzystne reakcje zgłaszane do FDA (Food and Drug Administration – amerykański Urząd ds. Żywności i Leków). Aspartam jest w 50 procentach fenyloalaniną, w 40 procentach kwasem asparaginowym i w 10 procentach metanolem. Każdy z tych związków jest szkodliwy: metanol powoduje ślepotę, kwas asparaginowy wywołuje raka mózgu. Fenyloalanina dociera do mózgu, a większa jej ilość wywołuje zaburzenia emocjonalne. acesulfam K – powiązany z uszkodzeniami DNA cyklamat (wycofany obecnie w wielu krajach) cyklaminian sodu i potasu – silny alergen, podejrzewany też o wywoływanie nowotworów neotam – bardziej stabilna wersja aspartamu, jeszcze bardziej toksyczna sacharyna, sacharynian sodu i potasu – podejrzewane o wywoływanie nowotworów sukraloza – opracowana z przeznaczeniem jako pestycyd, wdrożona do handlu jako słodzik gdy przypadkowo odkryto, iż substancja ta jest diabelnie słodka (rzecz jasna jako słodzik można ją ludziom sprzedać dużo drożej niż jako pestycyd). Rozkłada się w organizmie na toksyczne chloroglukozę i chlorofruktozę. Wspomnieć należy o tym, że syntetyczne słodziki (w tabletkach, płynie lub proszku) posiadają w handlu rozmaite wymyślne nazwy, np. Sussina Gold, Huxol, Sucra Rose itd. i często stanowią kombinację dwóch lub więcej syntetycznych substancji. Chemiczne słodziki poleca w swojej diecie autor tzw. Diety Dukana. Choćby z tego powodu owa „dieta” powinna otrzymać zaszczytny tytuł Kichy Wszechczasów! Chemikalia naśladujące w smaku cukier są też często używane jako składniki leków. Powoduje to u niektórych osób mylne przeświadczenie, iż substancje te są nieszkodliwe lub bezpieczne dla zdrowia (no skoro… „dopuszczone”?). Zapewniam Was, że tak jak i w przypadku producentów żywności tak i dla producentów leków liczy się najbardziej cena. A słodki smak najtaniej osiągnąć właśnie syntetycznym słodzikiem. Systematyczne używanie syntetycznych słodzików to prosta droga do cukrzycy typu II. Wiesz jak to działa? Jeśli do tej pory ciągle kupujesz chemiczny słodzik lub zawierające go produkty (napoje, gumy do żucia itd.), to najprawdopodobniej nie wiesz, więc z chęcią Ci opowiem. Gdy wkładasz do ust coś słodzonego chemicznym słodzikiem mózg odbiera słodycz i mówi do trzustki „przygotuj insulinę, słodkie idzie”, co trzustka czyni. Jednak słodkie nie idzie, bo to był tylko oszukańczy chemiczny słodzik. Za n-tym razem gdy mózg powie „przygotuj insulinę, słodkie idzie” trzustka się wypnie i nie wyprodukuje z siebie ani grama insuliny, bo mózg ją zbyt długo oszukiwał i teraz to ona ma już gdzieś. Czy to trzeba będzie strawić słodycz prawdziwą czy też sztuczną – ona ma to po prostu od tej pory gdzieś. Zatem witamy w światowej społeczności 350 milionów diabetyków (dorosłych, czyli nie licząc dzieci i młodzieży poniżej 25 lat)! Teraz do końca życia pewną część swoich zarobków zaniesiesz w zębach przemysłowi farmaceutycznemu, który z tego tytułu zaciera rączki już w momencie sprzedania Ci słodzika. I co, warto było grać sobie w kulki z naturą? Jeśli skojarzysz fakty, że większość syntetycznych słodzików pojawiła się gdzieś w latach 80-tych, zaś przez ostatnie trzy dziesięciolecia liczba diabetyków potroiła się w skali światowej to zastanów się przez chwilę czy doprawdy nic Ci to nie mówi? Kiedyś cukrzyca była chorobą wieku starczego, dzisiaj mamy epidemię cukrzycy i chorują nawet dzieci i młodzież. Nadal nic Ci to nie mówi? Na temat syntetycznych słodzików napisano już z pewnością bardzo wiele. Nie trzeba jednak tego wszystkiego czytać, wystarczy posłużyć się logiką: syntetyczne substancje słodzące zostały stworzone w laboratoriach, są to zwykłe chemikalia tyle tylko, że o słodkim smaku. Bywa, że zostały stworzone jako pestycydy, ale przez pomyłkę odkryto ich słodki smak i oto lądują w Twojej kawie w formie eleganckiej tableteczki, której zadaniem jest oszukać Twoje zmysły. Nie rosną na drzewach, nie ręka Stwórcy je powołała do istnienia, lecz podobnie jak cukier – ręka pazernego człowieka. Czy słodzilibyście kawę szczyptą proszku do prania lub kropelką płynu do zmywania podłóg, tylko dlatego, że daje złudne poczucie słodyczy kubkom smakowym? Owszem, odpowiednie instytucje dopuszczają rozmaite syntetyczne substancje słodzące do obrotu oznaczając je jako „bezpieczne”, lecz tak naprawdę jest to tak samo bezpieczne jak spożycie szczypty proszku do prania. Czy spożywalibyście codziennie szczyptę proszku do prania z przekonaniem, iż jest to bezpieczne, bo jakaś instytucja albo Twoja rodzina tak mówi? Bo w telewizji powiedzieli, że można? Kierować się należy własnym instynktem i logiką. Wprowadzenie czegokolwiek do sprzedaży, a nawet zatwierdzenie tego jako „bezpieczne” (przez jakiekolwiek instytucje czy też drogą kolektywnego przyzwolenia) nie oznacza jeszcze, że Twoje ciało tego potrzebuje. To wystarczający powód, aby zarówno sacharozę jak i syntetyczne słodziki na zawsze i bez żalu pożegnać. Oczywiście każda z tych syntetycznych substancji ma opracowane „normy dziennego spożycia” (tzw. ADI). Jednak w obliczu faktu, iż są to obce naturze i naszemu organizmowi syntetyczne chemikalia, całym sercem namawiam Cię do unikania syntetycznych słodzików na równie z cukrem (sacharozą) i trzymania się od nich z daleka. A nawet z bardzo daleka, szczególnie jeśli chodzi o nasze dzieci! Do słodzenia wybierajcie suszone owoce, występujące w naturze poliole (ksylitol lub jeszcze lepszy erytrytol) i dobrej jakości miód naturalny kupowany od zaufanego pszczelarza. Sacharoza (biała lub brązowa) oraz syntetyczne słodkie chemikalia powinny zniknąć z Waszej kuchni na zawsze. Naturoterapeutka i pedagog, autorka książek, edukatorka, niestrudzona promotorka i pasjonatka zdrowego stylu życia. Od 2012 r. prowadzi poczytny blog Akademia Witalności, poświęcony tematyce profilaktyki zdrowotnej. Po informacje odnośnie konsultacji indywidualnych kliknij tutaj:
Eko Słodziaki to nowa propozycja sieci sklepów Biedronka. Popularne Słodziaki tym razem prezentują się w ekoodsłonie. Promocja wystartowała przy okazji Światowego Dnia Środowiska i ma na celu propagowanie ekologicznego stylu życia i troski o środowisko. Książkę o Eko Słodziakach nabyć można za symboliczną złotówkę. Jej tytuł brzmi: "Eko Słodziaki, czyli jak zadbać o leśną polanę".Eko Słodziaki w sklepach Biedronka. Jak dbać o środowisko? Eko Słodziaki to promocja inspirowana Gangiem Słodziaków, który klientom sklepów sieci Biedronka zapewne jest dobrze znany. Akcja pojawiła się przy okazji Światowego Dnia Środowiska, przypadającego ja 5 czerwca 2020. Jakie są jej zasady?Książkę: "Eko Słodziaki, czyli jak zadbać o leśną polanę" można kupić za symboliczną złotówkę przy zakupach za minimum 149 złotych właśnie we wspomnianym dniu, regularna cena ksiązki o Eko Słodziakach to 9,99 złotych, każda złotówka od sprzedanej książki w dniu 5 czerwca 2020 trafi w ręce Stowarzyszenia Czysta Polska, organizatora akcji Czyste Tatry. To jest zabawneNajlepsze memy z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej!Kobiety o tych imionach najchętniej uciekłby sprzed ołtarzaNauczyciele po lekcjach chodzili na truskawki MEMYNiemieckie memy. Co śmieszy Niemców? Jak żartują inni?Książka ma na celu edukowanie dzieci i troskę o środowisko, w którym żyjemy. Mówi między innymi o tym, czym jest smog, a także dlaczego pszczoły pełnią ważną rolę w naszym nauczą się z książki o tym dlaczego smoki bywają mniejszym strachem niż SMOG. Co zrobi pszczółka Pola, gdy wpadnie w pułapkę zastawioną przez nieuważnego spacerowicza, czy gdzie segregujemy śmieci po udanym pikniku na łonie natury. - opisuje swoją promocję edukacyjna Biedronki, czyli promocja Eko SłodziakiEko Słodziaki mają szerzyć krzewienie postawy ekologicznej wśród najmłodszych. Biedronka podkreśla także, że konsekwentnie działa już na rzecz środowiska poprzez takie działania, jak na przykład:przekazywanie niesprzedanej żywności, segregowania odpadów, wspieranie organizacji społecznych. Zobacz i zapamiętajNie jedzcie tego! Biedronka, Lidl i IKEA usuwają żywność z toksyczną substancjąŚląskie wyzwiska. Oto 11 słów, którymi obrażają się ŚlązacyHoroskop na czerwiec. Zapał do działania i fala energiiFaszyn from Śląskie. Te stylizacje uliczne są zaskakująceZobacz koniecznieTe restauracje upadły po "Kuchennych rewolucjach"Te gwiazdy telewizji pochodzą z województwa śląskiegoDom mobilny to idealne rozwiązanie. Zobaczcie ofertyZaginieni w woj. śląskim. Wiecie, gdzie są? Rodziny czekająTo jest zabawneNajlepsze memy z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej!Kobiety o tych imionach najchętniej uciekłby sprzed ołtarzaNauczyciele po lekcjach chodzili na truskawki MEMYNiemieckie memy. Co śmieszy Niemców? Jak żartują inni?Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera
co będzie po słodziakach